W polskich kurortach nad Morze Bałtyckie menu rzadko bywa „czysto regionalne” – i Sianożęty są tego podręcznikowym przykładem. Nadmorska karta to dziś raczej sprytny kompromis między tym, czego turysta oczekuje od morza (ryba, sól, prostota), a tym, co lubi jeść na wakacjach „bez ryzyka” (pizza, makarony, burgery, coś dla dzieci i coś do drinka). Efekt? Kuchnia kurortowa jest hybrydą: z jednej strony twarde klasyki smażalni, z drugiej miejskie bistro, które tylko zmienia dekorację na plażową.
To właśnie smażalnia pozostaje tu punktem odniesienia – i to nie jako folklor, tylko jako najbardziej rozpoznawalny rytuał wakacji. W Sianożętach widać to wprost w komunikacji lokali, które budują ofertę na gatunkach kojarzonych z „pewną rybą” w Polsce: dorsz, flądra, halibut, łosoś, sandacz, a czasem bardziej „odświętnie” turbot czy sola. Tak wygląda choćby karta jednej z miejscowych smażalni: lista ryb i wyraźne rozróżnienie na świeże, smażone, z pieca czy owoce morza.
W podobnym duchu działa Tawerna u Skippera – z tą różnicą, że tu ryba jest częścią szerszej opowieści, a nie jedyną osią. W menu wprost pojawiają się klasyki „ryb smażonych” (dorsz, flądra, halibut, sandacz, sola) oraz ryby z pieca (np. makrela).
Najciekawsze jest jednak to, że polska kuchnia nadmorska prawie nigdy nie kończy się na samej rybie. Dodatki w kurortach mają swoją żelazną logikę: frytki lub ziemniaki, surówki (często proste, chrupiące, „pod rybę”), a do tego zupy, które „trzymają” ruch w porze obiadowej. W Tawernie widać nawet typowo wakacyjny format „menu turystycznego”: zupa dnia + drugie danie, rozpisane jak program na cały tydzień – bo w sezonie przewidywalność jest walutą.
Równolegle do smażalnianej klasyki Sianożęty – jak większość kurortów – coraz mocniej grają w „bistro”, czyli format, w którym ryba jest jednym z rozdziałów karty, a nie jej tytułem. Dobrym przykładem jest Bistro Mañana & Pizza Napoletana (lokal komunikowany w Sianożętach / Ustronie Morskie): w opisie menu obok świeżych ryb pojawiają się makarony, sałatki, dania dla dzieci, desery (wprost: tiramisu) i – oczywiście – pizza neapolitańska. Jest też lunch dnia z codziennie inną zupą i daniem głównym, czyli dokładnie ten „kurortowy silnik”, który pozwala obsłużyć gościa szybko i powtarzalnie.
To zresztą trend ogólnopolski: nad morzem pizza nie jest „alternatywą”, tylko drugim filarem sprzedaży. Działa w każdej konfiguracji – dla dzieci, dla grup, na późno, na wynos – i jest bezpieczna, gdy ktoś w rodzinie nie je ryb albo ma ochotę na coś przewidywalnego. W Tawernie u Skippera pizza jest wpisana w kartę równie naturalnie jak ryby. A w Level 5 widać typowo miejski miks: „włoska pizza” i koktajle jako część doświadczenia, a obok przystawek – tatar wołowy, tatar z łososia, deska serów. To już nie jest tylko karmienie po plaży, ale model znany z restauracji w większych miastach, przeniesiony w wakacyjny kontekst.
Jeśli więc próbować opisać, jak wygląda menu polskich lokali w nadmorskich kurortach (na przykładzie Sianożęt), to sedno nie brzmi: „wszędzie jest smażona ryba”. Sedno brzmi: nadmorskie menu jest zaprojektowane pod różne typy gości w jednym czasie. Ktoś chce „obowiązkowego dorsza”, ktoś szuka lekkiej sałatki, ktoś potrzebuje dziecięcego pewniaka, a ktoś inny – wieczorem – wybierze przystawkę w stylu tatara i koktajl z widokiem. I właśnie dlatego w Sianożętach obok smażalni funkcjonują miejsca bistro, a obok bistro – tawerny, które łączą rybę z pizzą i formatem wieczornego wyjścia.
Na koniec warto dodać jeden paradoks: choć Sianożęty są spokojniejsze niż duże kurorty (np. Kołobrzeg), kulinarnie nie uciekają od „mody” – raczej ją filtrują przez wakacyjną praktyczność. Ryba zostaje królową, ale dwór ma coraz bardziej współczesny: pizza neapolitańska, makarony, desery, koktajle i lunche dnia. To kuchnia, która nie udaje haute cuisine – i nie musi. Ma działać: po plaży, z dziećmi, w grupie, w deszczu i w pełnym słońcu. A to jest w polskim kurorcie najważniejsza definicja dobrego menu.